środa, 6 kwietnia 2016

"Bardzo straszne czasy"

Wkurzyła mnie kupiona 5 grudnia 2016 r. (przeceniona z 59,90 zł do 29,90 zł) książka śp. Pawła Wieczorkiewicza i Justyny Błażejewskiej (obecnie 33-letnia Pani historyczka) pt. Przez Polskę Ludową, na przełaj i na przekór.
Wynika z niej, że MY, ŻYJĄCY W TAMTYCH CZASACH, nic nie wnieśliśmy. A to MY po strasznych zniszczeniach wojennych wszystko budowaliśmy od podstaw, nie mając żadnego zaplecza np. kolonii. Rządy były jakie były, nie gorsze niż po zmianach. Ale przynajmniej banki, fabryki, huty, ziemia, lasy były nasze, polskie i nikt ich nie mógł niszczyć ani kupować za grosze.
Pani J. B., jeśli mieszka w Warszawie (nie podano szczegółów życiorysu ani adresu e-mail), to może chodzi po ulicach, które m.in. JA odgruzowywałam w ramach czynów społecznych. Między innymi dobrze wykształconymi inżynierami i JA moją pracą przyczyniłam się do rozwoju w naszym kraju elektroniki, a potem przez 36 lat dbałam wszelkimi sposobami, żeby Polska uzyskiwała poprzez dobre przygotowanie i dobrze prowadzone uzgodnienia międzynarodowe jak najwięcej częstotliwości (kanałów), umożliwiających rozwój państwowych (później również prywatnych) sieci radiofonicznych i telewizyjnych. Jest w zasadzie niemożliwe, żeby z tego co i JA wypracowałam w tamtych czasach nie korzystała obecnie Pani J.B.

Świetne felietony na temat PRL ukazały się w Polityce nr 5 z 2017 r.: Daniela Passenta (Uprawiałem seks w PRL) i Ludwika Stomma (Kłamliwa pamięć). Mój komentarz do ww. książki to strata czasu, bo obaj Panowie skomentowali (fragmentarycznie) opisywane przez obecnych młodych tamte czasy.

Wobec głoszonych przez niektórych różnych bzdur zaczęłam w 2016 r. opisywać te bardzo straszne czasy z mojego punktu widzenia.

Niewiele chciałam,
więc...
wszystko miałam
co chciałam!

Bardzo straszne czasy to takie czasy po Drugiej Wojnie Światowej kiedy "nic nie było", chodziliśmy "nadzy", mieszkaliśmy pod mostem i "umieraliśmy" z głodu" - tzw. komuna czyli rządy komuchów.
Dlaczego chcę o tym pisać? Bo, nie stojąc w kolejkach, wszystko co było mnie i mojej rodzinie potrzebne miałam. Nie wiem dlaczego nikt nie podkreśla faktu, że po takich zniszczeniach i stratach Polska nie mogła się podnieść tak szybko jak np. Francja czy Anglia, które dostały ogromną pomoc od USA, a do tego miały jeszcze kolonie (i po wojennych stratach rozwijały się szybciej wyzyskując innych). Chociaż będąc przez dłuższy czas we Włoszech i Francji na początku lat 70 -tych zauważyłam, że ludzie nadal żyją dość skromnie, mimo dużo większej dostępności do dóbr.

Polska była jedynym krajem wśród "demoludów", w którym cały czas chłopi gospodarzyli własną ziemią, a sklepy w większości były w rękach prywatnych. Np. w Brwinowie - poza sklepem spółdzielni Społem i chemicznym - wszystkie sklepy były prywatne (przeważnie znajdowały się w prywatnych budynkach). Nie brakowało nigdy nabiału, warzyw, owoców. Mieliśmy też liczne targowiska, gdzie w zasadzie wszystko można było kupić.

Na przykład:

 - obuwie i bardzo ładne ciuchy kupowało się w sklepach prywatnych. Np. w Warszawie obuwie u słynnego Śliwki w podwórku na Marszałkowskiej 62 (miałam wszystkie kolory szpilek), a ciuchy na Chmielnej, Foksal czy Brackiej lub szyło się u krawcowej (mam parę do dziś i pokazywałam je na "rewii" mody lat 70 - tych podczas brwinowskich ogrodów 2016). Oczywiście, jeżeli nie chciało się ich "wystać" jak "rzucili" za mniejsze pieniądze (np. w Domach Centrum przy Marszałkowskiej). Były też dość drogie sklepy Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, sklepy domów mody, Cepelii i inne. A wzornictwo mieliśmy fantastyczne, no i materiały!
Miałam zachodnie żurnale (Burdę i nawet jakieś amerykańskie), które zostawiała mi Pani z kiosku i na ich podstawie wybierałam fason mego stroju dla krawcowej.
Będąc pierwszy raz na Zachodzie w 1971 r. (w Rzymie na stypendium z Min. Szkolnictwa Wyższego) nie czułam się jak sierotka Marysia. W Direzione Tecnica Radiotelevisione Italiana nie było lepiej i modniej ubranej kobiety niż ja! Nawet podejrzewano mnie, że mam takie ciuchy z USA! Również 5 lat później w Paryżu nie widziałam różnicy między mną a Paryżankami i przez 7 tygodni nie kupiłam ani jednego ciucha, bo nasze były ładniejsze i lepszego gatunku. Oczywiście nie mówię o sklepach haute couture tylko tych dla "normalnych" ludzi;

- meble - oprócz fabryk w Swarzędzu i Wyszkowie - wytwarzało rzemiosło. Np. w Warszawie był świetny sklep rzemieślniczy na Kruczej (do dzisiaj w Broku nad Bugiem jest dom wczasowy Rzemieślnik pewnie kupiony za grosze przez jakiegoś nowobogackiego). Ostatnio dowiedziałam się, że sklepy Rzemieślnika były i w innych miastach. Ciekawe zestawy proponowały Cepelia i Łada. W mniejszym mieszkaniu miałam fajne mebelki (i nie tylko) ze sklepu Rzemieślnika i z Cepelii, a w obecnym mieszkaniu mam do dzisiaj zestawy wyszkowskie. I nigdy nie stałam w kolejkach, bo od czasów okupacji ich nienawidzę;

- jeżeli nie chciało się mieć natychmiast można było - przy okazji, po drodze - wszystko kupić. Dla mojej rodziny "wszystko" to były rowery, sprzęt narciarski i sportowy, niezbędne wyposażenie do domu itp. Również słynny już papier toaletowy.
Nota bene ogromne ilości kupionego papieru toaletowego widziałam w dniu otwarcia ogromnego supermarketu Jumbo w Genewie na początku lat 80 - tych (widocznie wszędzie ludzie kochają ten rodzaj papieru!).

Już po trzech latach pracy (nie piłam, nie paliłam) było mnie stać nawet na używany samochód, ale wolałam w mieście korzystać z taksówek (których po wojnie z oczywistych powodów było mało), a na urlopy kochałam jeździć sypialnym. Na kupienie używanej Warszawy pożyczyłam pieniądze w 1963 r. koleżance. A moja inżynierska płaca nie była aż tak wysoka. Fakt, że "dorabiałam" artykułami, tłumaczeniami, jednak nie były to rewelacyjne kwoty. Nigdy mi się nie zdarzyło powiedzieć, że mi się "nie opłaci robić", co obecnie często słyszę.

W zasadzie jedynym poważnym problemem było własne mieszkanie, na które trzeba było czekać. W moim przypadku przydział na niewielkie mieszkanie (37 m 2) dostałam po 5 latach pracy, ale bez konieczności zadłużania się na 30 - 40 lat i niepewności czy w tym okresie utrzymam się na rynku pracy.

Po przyjeździe do Warszawy przez rok mieszkałam w wynajętym pokoju, a przez 4 lata w lokalu o powierzchni ok. 7 m2 (z możliwością korzystania z łazienki). Nawet miałam dość luźno dzięki fantastycznie zaprojektowanym "składanym" mebelkom z Rzemieślnika (szafka z barkiem i pólkami na książki, łóżko, stół - całość o rozmiarach 220 x 200 x 25 cm) i z Cepelii (stolik i dwa "fotele"). Do tego normalna szafa z bieliźniarką. Nikt mi pewnie z nowobogackich nie uwierzy, ale miałam naprawdę wystarczająco luźno.
Większość moich wykształconych i pracujących koleżanek miało (po urodzeniu dzieci) gosposie. Ja sama miałam nie tylko opiekunkę do syna, ale również panią sprzątającą raz na tydzień mieszkanie.
Ta przyjemność kosztowała  mnie pod koniec lat 60- tych ub. stulecia ok. 1000 zł. Zarabiałam wówczas ok. 3600 zł miesięcznie (w tym ok. 1000 zł za artykuły, tłumaczenia, analizy). Brudne rzeczy oddawałam do praczki. Odbierałam wyprane i wyprasowane.
Sądzę, że najważniejszą cechą większości ludzi tamtych czasów była cierpliwość, umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach i brak wybujałych wymagań (od losu, innych, rodziny, państwa). A w moim przypadku korzystanie na bieżąco z tego co los daje. Zawsze byłam zwolenniczką stającego modnym wśród bardziej myślącej części społeczeństwa (nie tylko naszego) minimalizmu.

Dziwne, że np. mnie i moim kolegom, z którymi jeździłam w delegacje służbowe zawsze diet wystarczało. Nie znam nikogo z mojego otoczenia delegacyjnego, kto woziłby cokolwiek (np. kryształy) na handel, choć wiem, że takie rzeczy zdarzały się wśród ludzi wykształconych.
Nie "sprzedawałam" też moich umiejętności uzyskanych dzięki polskiemu społeczeństwu (przecież szkolnictwo się dotuje!) "obcym" dla materialnego zysku.

Zawsze uważałam, że jeśli ktoś wybiera "lepszy" świat, to za studia powinien zwrócić społeczeństwu, dzięki któremu uzyskał wykształcenie
A przynajmniej w UE powinna obowiązywać taka zasada.

Bo np. Angole chwalili się w 2016 roku, że na polskich wykształconych w Polsce pracownikach "zarobili" ok. 4 mld funtów, a drugie tyle na tym, że byli już po stażu.

Ktoś może mi zarzucić, że sama korzystałam z pieniędzy innych państw (np. Włoch czy Francji). Trzeba jednak pamiętać, że celem tych "pomocy" krajom "rozwijającym się" był czysty interes, a mianowicie stworzenie sobie pomostu dla rynku zbytu swoich - często już przestarzałych -produktów!

 I zmiany we wschodniej Europie w 1989 r. musiały nastąpić, bo rynek krajów zachodnich był już nasycony, a wobec postępu technologicznego trzeba było upłynnić starocie.

Sądzę, że dlatego musiał jednocześnie - równocześnie (!!!) - paść nasz przemysł, a trochę później (8-ego sierpnia 1991 roku) najsilniejsza w Europie długofalowa stacja nadawcza w Gąbinie  pod Warszawą
 (przy okazji naprawy!?)
A dzięki tej stacji polską mowę można było usłyszeć przez radio w całej Europie!
A naprawdę dużo wysiłku kosztowało nieżyjącego inż. Wacława Lisickiego uzgodnienie na konferencji w Genewie w 1975 r. mocy nadawczej 2500 W dla tej lokalizacji.

Ja sama jako ekspert UIT mogłam nie tylko wyjechać planować sieci radiowe czy telewizyjne np. do Mozambiku czy na Haiti (za spore uposażenie), a będąc inżynierem o rzadkiej specjalności zostać na "zachodzie". Ale ja naprawdę zawsze chciałam się zajmować tylko naszymi polskimi sprawami na obszarze zajmowanym przez Polskę.








.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz