czwartek, 9 maja 2013

Wspomnienia


Los zapisany w sieci powiązań  kosmicznych?

Jak patrzę wstecz to "przypadkowo" działo się coś co zupełnie zmieniało moje życie.
Po  maturze dostałam propozycję studiowania w ZSRR, chociaż nie znałam rosyjskiego, bo za "moich czasów" go nie uczono. Gdybym się zdecydowała moje życie na pewno ułożyłoby się inaczej.
Ale moim marzeniem było studiowanie matematyki na UJ. Zniechęcił mnie do jej studiowania nasz matematyk pytając czy chcę być podobna do niego. Nie chciałam, a mając dyplom przodownika nauki i pracy społecznej (nota bene drugi dostała córka przedwojennego bankowca z Warszawy!), a więc wstęp na każdą uczelnię bez egzaminów, poszłam na Politechnikę Śląską na wydział, gdzie matematyki było najwięcej.
Nigdy nie chciałam mieszkać na nizinach. A jednak.
Spokojnie studiowałam tzw. słabe prądy na Wydziale Elektrycznym w Politechnice Śląskiej kiedy okazało się, że na studia magisterskie muszę jechać albo do Warszawy albo do Wrocławia (zlikwidowano "słabe prądy"). Wybrałam Politechnikę Wrocławską, bo bliżej jakichś gór (w tym czasie uprawiałam taternictwo). Byłam jedyną kobietą na roku!
Moim promotorem pracy magisterskiej był słynny radiotechnik prof. Wilhelm Rotkiewicz, który dwa tygodnie pracował w Politechnice Wrocławskiej a dwa tygodnie w Politechnice Warszawskiej. Temat pracy dotyczył problematyki  zakłóceń w odbiornikach telewizyjnych, więc praktykę dyplomową miałam odbywać w Warszawie (znowu!). Ale adiunkt profesora namówił mnie  na zmianę tematu. W 1955 r. ukazały się w polskiej literaturze technicznej dwa artykuły na temat półprzewodników i dwóch polskich profesorów miało amerykańskie książki (laureatów nagrody Nobla z 1948 r. za odkrycie tranzystora) dotyczące podstaw technicznych. Udało mi się wypożyczyć książkę, a potem przekonać promotora o "konieczności" zmiany tematu mojej pracy magisterskiej. Prace nad tranzystorami były już wówczas prowadzone w Warszawie w trzech instytucjach, m.in. w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN, skąd je otrzymywałam do wykonania pracy magisterskiej. I zamiast wrócić na Politechnikę Śląską (miałam taki zamiar) wylądowałam w 1956 r. w instytucie PAN w Warszawie, gdzie  zaproponowano mi pracę związaną z pomiarami i zastosowaniem półprzewodników. Po półtora roku przeniosłam się do Przemysłowego Instytutu Elektroniki, którego Biuro Rozwojowe stało się zalążkiem Fabryki Półprzewodników TEWA (koniec 1958 r.). W TEWIE przepracowałam 8 lat. Postanowiłam wrócić do IPPT PAN. Ale LOS chciał inaczej i wylądowałam w resorcie łączności, by zajmować się gospodarką częstotliwościami radiowymi dla radia i telewizji przez kolejnych 36 lat. I tej dziedzinie pozostałam wierna aż do przymusowej emerytury w wieku 70 lat (gdy niewłaściwa partia ZCHN objęła resort).
Chociaż zajmując się miernictwem półprzewodników czułam się osobą spełnioną, to jednak ta druga dziedzina bardziej odpowiadała mojej osobowości: łatwość nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi, miły stosunek do innych ludzi bez względu na ich status, czego wymaga międzynarodowa koordynacja czegokolwiek. To było fantastyczne mieć ciągłe kontakty z ludźmi nauki i kontakty międzynarodowe związane z uzgodnieniami wykorzystywania częstotliwości.


Szczęściara

 Szczęśliwie urodziłam się kobietą* we właściwym czasie (przed wojną), we właściwym miejscu (Zagłębie Dąbrowskie** - wysoki poziom oświaty!) i we właściwej rodzinie {robotniczej, raczej biednej, ale uczciwej i pracowitej), bo zmiany, które nastąpiły po wojnie (absurdalnie dzięki nim), umożliwiły mi ukończenie najlepszego na świecie żeńskiego gimnazjum i liceum mat.-fiz. w Bytomiu na Piekarskiej (matura z wyróżnieniem i dyplom, zwalniający z egzaminów na wybraną wyższą uczelnię), a dzięki stypendium - studiów wyższych (I stopnia w Politechnice Śląskiej, II stopnia w Politechnice Wrocławskiej) i uzyskanie w efekcie tytułu mgr inż. łączności (specjalizacja - radiotechnika).
 Może to dziwne, ale bez względu na otaczający mnie świat, zawsze czułam się wolną "człowieką".
 Nigdy żaden mężczyzna - stary czy młody, profesor czy kolega ze studiów - nie dał mi odczuć, że ja jako kobieta mam mniej wyobraźni czy jestem mniej zdolna lub, że wykorzystuję fakt przynależności do płci pięknej. Również w domu byłam doceniana i przez ojca i przez braci.
 Od samego początku moje wynagrodzenie nie różniło się od otrzymywanego przez mężczyzn na podobnym stanowisku.
 Mimo wszystko Polska ma doskonałe położenie: środek Europy (w każdym kierunku blisko), klimat umiarkowany (wyraźne lato i zima), góry, lasy, jeziora, nieuregulowane rzeki i morze, jeszcze nie tak skażone środowisko jak w tzw. krajach zachodnich i ludzi też jeszcze mających duszę.
 Urodzenie się wystarczająco uposażonym w zdolności intelektualne i manualne w biednej i uczciwej rodzinie to wielkie szczęście i wielka wygrana na loterii życia, gdyż od postawienia pierwszych kroków człowiek uczy się samodzielności, rozwija zdolności radzenia sobie w każdej sytuacji, solidnej pracy i stosowania zasady "primum non nocere" (wprawdzie wymyślił ją Hipokrates w odniesieniu do medycyny, ale uważam, że dotyczy każdej dziedziny).
 Nie dotknął mnie ani w okresie młodości ani w okresie mojej 46-letniej pracy w dwu dziedzinach (10 lat jako specjalistki od pomiarów pierwszych polskich tranzystorów i 36 lat jako specjalistki od gospodarki częstotliwościami dla radia i telewizji) ohydny, bezwzględny kapitalizm i rządy niedouków.
W obu dziedzinach decydowali specjaliści i z podjętych decyzji, mających na celu chronienie interesów Polski, nie musieli się tłumaczyć partyjniakom czy innym wyznaczonym przez rząd kierownikom, nie posiadającym podstawowej wiedzy o danej dziedzinie gospodarki narodowej.
Przynajmniej tak było w moim przypadku.
 Żywność była w miarę zdrowa. Na szczęście nie było takiego dostępu do nawozów sztucznych i chemii antychwastowej czy antyszkodnikowej. Nie było żywności macdonaldowej(!).
 Do dzisiaj zachowałam niezależność osobistą i jeżdżę samochodem.
 Mój umysł dotąd działa bez zarzutu.
 Chwalę się dużą sprawnością fizyczną (jeżdżę na nartach i rowerze, pływam, uprawiam turystykę wysokogórską, tańczę tańce etniczne). Nawet udało mi się "wystąpić" na scenie prawdziwego teatru (Powszechny w Warszawie) w spektaklu ATLAS Warszawa w ramach 13-ego Festiwalu Ciało/Umysł (spektakl społecznościowy realizowany w wielu stolicach przez grupę Portugalczyków), a także należeć do grupy teatralnej Kiosk Ruchu w Podkowie Leśnej tworzącej specyficzne spektakle "ruch-słowo-dźwięk".

 W świetle ostatnich zdarzeń rzeczywiście urodziłam się we właściwym czasie, bo niedługo może się okazać, że okupacja (Niemcy i Rosjanie) to był raj, bo teraz - dzięki amerykanom, którzy namącili na bliskim wschodzie i Afryce - wisi nad Europą jak miecz Damoklesa - zalew "obcych" i cofnięcie się w rozwoju o iks lat. A może coś jeszcze gorszego!
Warto podkreślić fakt, że oni mogli nadal żyć w swoich krajach (niektórzy nawet migrować jak im się nie podobało we własnym kraju). Komu zależało w tak rozwiniętych technologicznie czasach na niszczeniu ludzkiego wielowiekowego dorobku (np. wspaniałej stolicy Syrii).

 Nawiasem mówiąc zupełnie nie rozumiem jak kobiety, rodzące tych mężczyzn, mogły pozwolić na status niewolnic i wychowywać ich na rozpłodowców. Zupełnie jakby były pozbawione mózgu. Nie wiem nawet czy u islamistów zdarzyła się jakaś wybitna kobieta, np. matematyczka.


 * Chyba Mark Twain (rzadki przypadek mężczyzny z brakiem kompleksu) : Jak wiadomo Bóg stworzył najpierw mężczyznę, ale jak popatrzył na swoje dzieło szybko je poprawił!

 ** To nie jest Śląsk, chociaż graniczy z Górnym Śląskiem w okolicy Sosnowca (granica na Niwce), o czym niedouki, zmieniające neutralną nazwę woj. śląsko-dąbrowskiego lub ewentualnie katowickiego, nie wiedziały lub chciały się komuś przypodobać. Obecnie nawet Częstochowa należy do Śląska! Po wojnie ten region był województwem śląsko - dąbrowskim (stąd przemianowanie mostu Kierbedzia w Warszawie na most śląsko - dąbrowski!).
 Zagłębie Dąbrowskie to bardzo ciekawy zakątek Polski. Wciskał się między Górny Śląsk a Śląsk Cieszyński. W ostatnim okresie zaborów Zagłębie Dąbrowskie było w zaborze rosyjskim, Górny Śląsk - w pruskim a Śląsk Cieszyński - austriackim. Do dzisiaj moja bratowa rodem z Bytomia mówi, że wyszła za mąż za Polaka a my mówimy, że brat ożenił się ze Ślązaczką. I podobnie jest z moim szwagrem - Ślązakiem rodem spod Rybnika ("przynależał" do Śląska opolskiego) i moją siostrą Polką.
Przed II wojną światową Zagłębie Dąbrowskie "leżało" w woj. kieleckim. Za powyższym zwyczajowym określaniem who is who stoi oczywiście przynależność kulturowa w okresie 150 lat zaborów (ileż to pokoleń!). Już za zaboru rosyjskiego oświata w Zagłębiu stała bardzo wysoko. Moja matka i ojciec (prości ludzie) mówili piękną polszczyzną. Ojciec ukończył siedmioklasową szkolę powszechną. Sądzę, że wiedzę miał większą niż większość obecnych maturzystów. Ponadto był bardzo oczytany. Nawet w małym miasteczku Ząbkowice Będzińskie (obecnie dzielnica Dąbrowy Górniczej), gdzie mieszkaliśmy podczas okupacji, był Dom Kultury! Na "usprawiedliwienie" jego istnienia muszę dodać, że w Ząbkowicach funkcjonowała huta szkła okiennego (ponoć największa w przedwojennej Polsce) i fabryka chemiczna. O dziwo obie nie padły do dziś!
Muszę tu podkreślić fakt, że w okresie międzywojennym "szły" ogromne pieniądze na rozwój oświaty również na Górny Śląsk. Chodziło bowiem m.in. o ugruntowanie polszczyzny po zaborze pruskim. Dlatego nasz Pan prof. Miodek, nauczający nas poprawnej polszczyzny, mówi bez akcentu śląskiego (ja słyszę nawet odrobinę!), choć pewnie posługuje się gwarą śląską swobodnie. Ja ją tylko rozumiem. Nota bene ostatni przedwojenny kurator Górnego Śląska (warszawiak), mieszkający przed wojną w Tarnowskich Górach, został w 1939 r. złapany w Warszawie i natychmiast powieszony w Pomiechówku pod Warszawą.
Ta różnica wystąpiła też podczas okupacji. Jeziorański dziwił się w swojej książce, że jak jechał z czymś tam tramwajem z Dąbrowy Górniczej do Katowic to do Sosnowca słyszał tylko mowę polską, a potem (po zmianie tramwaju) już tylko niemiecką! W Zagłębiu nikt nie odważyłby się odezwać po niemiecku w części tramwaju przeznaczonej dla ludności polskiej!
Na podkreślenie zasługuje też fakt, że w Zagłębiu w szkołach powszechnych nauczano po polsku a nie po niemiecku jak w Poznańskiem, na Śląsku czy Bydgoskiem. Dlatego moja matka pod koniec okupacji posyłała mnie na lekcje niemieckiego, ponieważ zbliżałam się do granicznego wieku 14 lat, kiedy Niemcy zabierali na przymusowe roboty do Niemiec. Stąd moja słaba znajomość niemieckiego (choć wystarczająca, żeby się porozumieć w zasadniczych sprawach zawodowych), ale za to doskonała jeśli chodzi o ortografię, gramatykę i pisownię polską (nie miałam konkurencji w gimnazjum i liceum żeńskim w Bytomiu i na obu Politechnikach!)