piątek, 16 sierpnia 2019

JA

1931

Urodziłam się pod koniec września ze związku Marii Gawor z Zygmuntem Kliszewskim na  Zielonej w Dąbrowie Górniczej (Zagłębie Dąbrowskie) - według tradycji chińskiej.

Wydarzenie w Polsce: 24.05 w Raszynie została uruchomiona na częstotliwości 227 kHz najsilniejsza w Europie polska stacja radiowa długofalowa, obejmująca swym zasięgiem całą Polskę  - i nie tylko (nadajnik 120 kW).

1932

Urodziłam się 26.06 na Zielonej w Dąbrowie Górniczej.

Wydarzenia w Polsce: liczne strajki górników w Zagłębiu Dąbrowskim (nielimitowany czas pracy, niskie płace). Właścicielem kopalń był wówczas Reden  (Austriak).
Janusz Kusociński (zamordowany przez Niemców w 1939 r. w Palmirach k. Warszawy)) zdobywa Złoty Medal na Olimpiadzie w Los Angeles w biegu na 10 km.

1936

Zaczynam chodzić razem z Januszem do Ochronki przy Domu Kultury w Ząbkowicach Będzińskich.

1939

Niemcy napadają na Polskę.
Ojciec oddaje rower dla wojska i idzie na wojnę.


1940

1945

1950

1954
1956
1961
1963
1964
1966
1971
1975
1976
1980
1981
1982
1984
1986
1992
2002
2009
2013



Nasze najbliższe korzenie

MATKA: Maria Wiktoria Kliszewska z d. Gawor ur. 6.08.1909 r. w Dąbrowie Górniczej. Pochowana na cmentarzu w Dąbrowie Górniczej.
Mając 7 lat straciła matkę. Ojciec zupełnie się nią nie zajmował. Skończyła kilka klas Szkoły Powszechnej. Gdy osiągnęła  wiek dojrzały  pracowała jako pracownica fizyczna na kopalni dopóki nie związała się z Zygmuntem. W sierpniu 1982 r. popełniła samobójstwo. Miała początki Alzheimera.

Matka matki: Józefa Mitka (zmarła 14.07.1917 r., gdy matka miała 8 lat w Tworkach  - Pruszków k. Warszawy. Pochowana w Będzinie.

Babka matki: Balbina Mitka (zmarła 16.01. 1945 r., mając prawie 100 lat). Żona Pawła Mitka. Miała dom w Będzinie - Ksawera, ul. Cynkowa 16, który po wojnie odziedziczył brat babki Henryk Mitka. Miała 4-ech synów i 3 córki. Znałam jedną z córek Scholastykę Michalak z Będzina  i jej dwie córki (syn należący do organizacji podziemnej został zastrzelony przez Niemców podczas wojny) oraz Stanisława Mitka z Wilanowa (przed wojną "granatowy"), jego żonę, córkę i syna.
Mam zdjęcie najmłodszego jej syna  Józefa Mitka, który w wieku 9  lat opuścił dom rodzinny i po latach pokazał się rodzinie tylko raz, rozdawszy zdjęcia, już jako aktor teatru w Toruniu. Nie wiadomo co się z nim działo w międzyczasie. Umarł młodo 7.06.1923 r. w Toruniu. Miał córkę Zofię, która  ponoć wyszła za mąż za hr. Zamojskiego.

Ojciec matki: Stanisław Gawor ur. w 1880 r. w Ujejscu (obecnie Dąbrowa Górnicza - Ujejsce), w domu, który do tej pory istnieje (100 lat temu na przeciwko dworu, obecnie na przeciwko kościoła). Mieszkają w nim potomkowie Gadomskich, bo ojciec dziadka przepił go. Pracował we dworze, więc uważany był za świetną partię. Moją prababkę Wiktorię zmuszono  do zamążpójścia (uciekła w dniu ślubu, ale ją znaleziono). Opiekowałam się jej grobem na cmentarzu w Ząbkowicach Będzińskich - obecnie dzielnicy Dąbrowy Górniczej - jeszcze dość długo po wojnie. Jego ciotka chciała go wykształcić na księdza. Ukończył Szkołę Realną w Sosnowcu - Sielce (jej kontynuacją jest - jedna z najlepszych - Szkoła Ogólnokształcąca im. Staszica). Uczniowie Szkoły Realnej odbywali praktyki w pobliskim Zakładzie Włókienniczym , gdzie w nowoczesnej pralnio-prasowalni pracowała Józefa Mitka i chyba tam ją poznał dziadek. Właściciel austriacki Dietle  przygotowywał własny wyższy personel techniczny dla swojego Zakładu.
Był zawziętym antyklerykałem (nie pozwalał swojej córce chodzić do kościoła) i był zwolennikiem Polskiego Kościoła Narodowego. Pracował chyba w jakimś banku. Ponadto zarabiał pisaniem ludziom podań i próśb (analfabetyzm był wtedy powszechny). I....szukał po okolicznych lasach skarbów! Miał różne różdżki i wahadełka - niektóre z metali szlachetnych. Matka sprzedała je podczas okupacji niemieckiej, żeby kupić żywność na czarnym rynku. Miał młodszą córkę Amelię, która zmarła w niemowlęctwie. Ożenił się powtórnie, ale druga żona go rzuciła i zamieszkała w Łodzi. Mieszkał do aresztowania go przez gestapo przed Świętami Wielkanocnymi w 1942 r. na ul. Zielonej w Dąbrowie Górniczej, gdzie JA się urodziłam 26.06.1932 r. Z więzienia w Mysłowicach, z którego napisał list prosząc o przysłanie ciepłej odzieży,  został przewieziony do Auschwitz (Oświęcim) i tam wkrótce rozstrzelany.

OJCIEC: Zygmunt Tomasz Kliszewski  ur. 1.05. 1909 r. w Dąbrowie Górniczej. Zmarł na początku grudnia 1981 r. w Bytomiu. Pochowany na cmentarzu w Dąbrowie Górniczej.
Ukończył siedmioklasową Szkołę Powszechną w Dąbrowie Górniczej i należał do Związku Strzeleckiego  paramilitarnej organizacji powstałej po I wojnie Światowej. Mam jego portret w mundurze.
W okresie międzywojennym był malarzem pokojowym jak jego ojciec. Z matką malował też szyldy.  Chyba i w latach międzywojennych istniało coś w rodzaju samozatrudnienia, bo mam dokumenty wysłane do urzędu, w których ojciec wymienia posiadane narzędzia do wykonywania prac malarskich. Potem imał się różnych zawodów w zależności od możliwości. Podczas okupacji niemieckiej (od 1942 r. do końca wojny)  był kominiarzem. Po powrocie z kampanii wrześniowej ukrywał się, żeby nie być wywiezionym na roboty do Niemiec.  Po wojnie był malarzem, szklarzem i w końcu górnikiem strzałowym na przodku w kopalni Miechowice (Bytom - Miechowice). Od czasów przedwojennych należał do PPS. W wyniku konfliktu ze zwierzchnikiem partyjnym w 1950 r. (rok po zjednoczeniu z PPR) rzucił legitymację partyjną i dlatego "za karę"zaczął pracować jako górnik. Po 25 latach pracy poszedł na emeryturę. Na emeryturze był palaczem w Akademii Medycznej w Zabrzu - Rokitnica. Nigdy nie był u lekarza. Jak zachorował we wrześniu w 1981 r. w grudniu już nie żył. Został pochowany tuż przed wybuchem stanu wojennego na cmentarzu w Dąbrowie Górniczej.

Matka ojca: Maria Kliszewska z d. Bielawska urodziła się gdzieś w okolicy Kielc. Zmarła ok. 1974 r. w wieku 96 lat. Pochowana na cmentarzu w Dąbrowie Górniczej.
Była córką powstańca styczniowego wywiezionego na Syberię. który po 50 latach przez 2 lata wracał do Polski, żeby odnaleźć rodzinę i umrzeć na ojczystej ziemi. Jakiś czas mieszkała z matką, jej drugim mężem i przyrodnią siostrą w Zawierciu. Pewnie szukając lepszego życia znalazła się w Dąbrowie Górniczej, gdzie spotkała Ludwika Kliszewskiego. Byli bardzo biednymi ludźmi, mieszkającymi w biednej dzielnicy Reden (od nazwiska austriackiego właściciela  kopalń w Zagłębiu Dąbrowskim)  przy ul. Królowej Jadwigi. Dom nie istnieje. Urodziła podobno 12 dzieci, z czego dorosłości dożyło sześcioro: dwie córki i czterech synów.

Ojciec ojca: Ludwik Kliszewski ur. w 1880 r. we wsi Białogon (obecnie dzielnica Kielc). Zmarł w 1942 r. Pochowany na cmentarzu w Dąbrowie Górniczej.
Był jednym z dwóch synów chłopa, który przez niego został zmuszony do szukania pracy, bo gospodarka była zbyt mała, żeby ją dzielić. Udał się do Dąbrowy Górniczej, gdzie pracował dorywczo jako malarz pokojowy.

Po moim urodzeniu się rodzice  zamieszkali w Ząbkowicach Będzińskich (obecnie dzielnica Dąbrowy Górniczej) najpierw w domu przy młynie i tu urodził się Janusz w 1934 r, a później w domu pani  Szwejowej naprzeciw fabryki chemicznej (Bielowizna), w którym urodzili się Ryszard w 1940 r. i Zygmunt w 1942 r. Domy istnieją,  młyn - nie.
Po wojnie rodzice przenieśli się do Bytomia - Miechowice, ul. Kopalniana 46 (później zmieniona na Racjonalizatorów), gdzie 8 sierpnia w 1950 r.  przyszła na świat Ewa.
Domy kopalniane i kopalnia nie istnieją.

Ciekawostką jest fakt, że nasi rodzice mieli rzadką grupę krwi B bez czynnika Rh i my - ich dzieci - też. Czyżbyśmy byli kosmitami?

wtorek, 26 lipca 2016

Cuda się zdarzają

1

24.07.2016 podleśniczy w leśnictwie Sokołówek (na północ od Warszawy) nie tylko rozpalił ognisko na specjalnie przygotowanym miejscu, ale dał odpowiednie szpikulce na opiekanie kiełbasek, chleba. I nie chciał za to zapłaty!!!

Pan podleśny jest pasjonatem lasu. Zbiera ciekawe leśne egzemplarze, np. konar - barć (z pszczołami), konar z dziwną naroślą, "plaster" starego dębu o średnicy ok.1 m i tym podobne.

Przyjmuje zorganizowane szkolne wycieczki i uczy lasu.

2

12.012017 przy wymianie dowodu rejestracyjnego spotkała mnie miła niespodzianka: doskonała organizacja pracy oraz bardzo miła i szybka obsługa klientów w dziale obsługi klientów komunikacyjnych Starostwa Pruszkowskiego. "Straciłam" tylko kilkanaście minut! Oby tak było we wszystkich urzędach w obecnej Polsce.

3
Zgubiłam kluczyk od samochodu i niezawodny w różnych sprawach samochodowych. Pan Stanisław Puchta z Sadownego (pow. Węgrów) i tym razem okazał się niezwykle pomocny. Dzięki jego kontaktowi z przemiłym Panem Andrzejem Polakowskim z Ostrowi Mazowieckiej, posiadającym punkt dorabiania kluczy, uniknęłam poważnych kłopotów.

środa, 6 kwietnia 2016

"Bardzo straszne czasy"

Wkurzyła mnie kupiona 5 grudnia 2016 r. (przeceniona z 59,90 zł do 29,90 zł) książka śp. Pawła Wieczorkiewicza i Justyny Błażejewskiej (obecnie 33-letnia Pani historyczka) pt. Przez Polskę Ludową, na przełaj i na przekór.
Wynika z niej, że MY, ŻYJĄCY W TAMTYCH CZASACH, nic nie wnieśliśmy. A to MY po strasznych zniszczeniach wojennych wszystko budowaliśmy od podstaw, nie mając żadnego zaplecza np. kolonii. Rządy były jakie były, nie gorsze niż po zmianach. Ale przynajmniej banki, fabryki, huty, ziemia, lasy były nasze, polskie i nikt ich nie mógł niszczyć ani kupować za grosze.
Pani J. B., jeśli mieszka w Warszawie (nie podano szczegółów życiorysu ani adresu e-mail), to może chodzi po ulicach, które m.in. JA odgruzowywałam w ramach czynów społecznych. Między innymi dobrze wykształconymi inżynierami i JA moją pracą przyczyniłam się do rozwoju w naszym kraju elektroniki, a potem przez 36 lat dbałam wszelkimi sposobami, żeby Polska uzyskiwała poprzez dobre przygotowanie i dobrze prowadzone uzgodnienia międzynarodowe jak najwięcej częstotliwości (kanałów), umożliwiających rozwój państwowych (później również prywatnych) sieci radiofonicznych i telewizyjnych. Jest w zasadzie niemożliwe, żeby z tego co i JA wypracowałam w tamtych czasach nie korzystała obecnie Pani J.B.

Świetne felietony na temat PRL ukazały się w Polityce nr 5 z 2017 r.: Daniela Passenta (Uprawiałem seks w PRL) i Ludwika Stomma (Kłamliwa pamięć). Mój komentarz do ww. książki to strata czasu, bo obaj Panowie skomentowali (fragmentarycznie) opisywane przez obecnych młodych tamte czasy.

Wobec głoszonych przez niektórych różnych bzdur zaczęłam w 2016 r. opisywać te bardzo straszne czasy z mojego punktu widzenia.

Niewiele chciałam,
więc...
wszystko miałam
co chciałam!

Bardzo straszne czasy to takie czasy po Drugiej Wojnie Światowej kiedy "nic nie było", chodziliśmy "nadzy", mieszkaliśmy pod mostem i "umieraliśmy" z głodu" - tzw. komuna czyli rządy komuchów.
Dlaczego chcę o tym pisać? Bo, nie stojąc w kolejkach, wszystko co było mnie i mojej rodzinie potrzebne miałam. Nie wiem dlaczego nikt nie podkreśla faktu, że po takich zniszczeniach i stratach Polska nie mogła się podnieść tak szybko jak np. Francja czy Anglia, które dostały ogromną pomoc od USA, a do tego miały jeszcze kolonie (i po wojennych stratach rozwijały się szybciej wyzyskując innych). Chociaż będąc przez dłuższy czas we Włoszech i Francji na początku lat 70 -tych zauważyłam, że ludzie nadal żyją dość skromnie, mimo dużo większej dostępności do dóbr.

Polska była jedynym krajem wśród "demoludów", w którym cały czas chłopi gospodarzyli własną ziemią, a sklepy w większości były w rękach prywatnych. Np. w Brwinowie - poza sklepem spółdzielni Społem i chemicznym - wszystkie sklepy były prywatne (przeważnie znajdowały się w prywatnych budynkach). Nie brakowało nigdy nabiału, warzyw, owoców. Mieliśmy też liczne targowiska, gdzie w zasadzie wszystko można było kupić.

Na przykład:

 - obuwie i bardzo ładne ciuchy kupowało się w sklepach prywatnych. Np. w Warszawie obuwie u słynnego Śliwki w podwórku na Marszałkowskiej 62 (miałam wszystkie kolory szpilek), a ciuchy na Chmielnej, Foksal czy Brackiej lub szyło się u krawcowej (mam parę do dziś i pokazywałam je na "rewii" mody lat 70 - tych podczas brwinowskich ogrodów 2016). Oczywiście, jeżeli nie chciało się ich "wystać" jak "rzucili" za mniejsze pieniądze (np. w Domach Centrum przy Marszałkowskiej). Były też dość drogie sklepy Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, sklepy domów mody, Cepelii i inne. A wzornictwo mieliśmy fantastyczne, no i materiały!
Miałam zachodnie żurnale (Burdę i nawet jakieś amerykańskie), które zostawiała mi Pani z kiosku i na ich podstawie wybierałam fason mego stroju dla krawcowej.
Będąc pierwszy raz na Zachodzie w 1971 r. (w Rzymie na stypendium z Min. Szkolnictwa Wyższego) nie czułam się jak sierotka Marysia. W Direzione Tecnica Radiotelevisione Italiana nie było lepiej i modniej ubranej kobiety niż ja! Nawet podejrzewano mnie, że mam takie ciuchy z USA! Również 5 lat później w Paryżu nie widziałam różnicy między mną a Paryżankami i przez 7 tygodni nie kupiłam ani jednego ciucha, bo nasze były ładniejsze i lepszego gatunku. Oczywiście nie mówię o sklepach haute couture tylko tych dla "normalnych" ludzi;

- meble - oprócz fabryk w Swarzędzu i Wyszkowie - wytwarzało rzemiosło. Np. w Warszawie był świetny sklep rzemieślniczy na Kruczej (do dzisiaj w Broku nad Bugiem jest dom wczasowy Rzemieślnik pewnie kupiony za grosze przez jakiegoś nowobogackiego). Ostatnio dowiedziałam się, że sklepy Rzemieślnika były i w innych miastach. Ciekawe zestawy proponowały Cepelia i Łada. W mniejszym mieszkaniu miałam fajne mebelki (i nie tylko) ze sklepu Rzemieślnika i z Cepelii, a w obecnym mieszkaniu mam do dzisiaj zestawy wyszkowskie. I nigdy nie stałam w kolejkach, bo od czasów okupacji ich nienawidzę;

- jeżeli nie chciało się mieć natychmiast można było - przy okazji, po drodze - wszystko kupić. Dla mojej rodziny "wszystko" to były rowery, sprzęt narciarski i sportowy, niezbędne wyposażenie do domu itp. Również słynny już papier toaletowy.
Nota bene ogromne ilości kupionego papieru toaletowego widziałam w dniu otwarcia ogromnego supermarketu Jumbo w Genewie na początku lat 80 - tych (widocznie wszędzie ludzie kochają ten rodzaj papieru!).

Już po trzech latach pracy (nie piłam, nie paliłam) było mnie stać nawet na używany samochód, ale wolałam w mieście korzystać z taksówek (których po wojnie z oczywistych powodów było mało), a na urlopy kochałam jeździć sypialnym. Na kupienie używanej Warszawy pożyczyłam pieniądze w 1963 r. koleżance. A moja inżynierska płaca nie była aż tak wysoka. Fakt, że "dorabiałam" artykułami, tłumaczeniami, jednak nie były to rewelacyjne kwoty. Nigdy mi się nie zdarzyło powiedzieć, że mi się "nie opłaci robić", co obecnie często słyszę.

W zasadzie jedynym poważnym problemem było własne mieszkanie, na które trzeba było czekać. W moim przypadku przydział na niewielkie mieszkanie (37 m 2) dostałam po 5 latach pracy, ale bez konieczności zadłużania się na 30 - 40 lat i niepewności czy w tym okresie utrzymam się na rynku pracy.

Po przyjeździe do Warszawy przez rok mieszkałam w wynajętym pokoju, a przez 4 lata w lokalu o powierzchni ok. 7 m2 (z możliwością korzystania z łazienki). Nawet miałam dość luźno dzięki fantastycznie zaprojektowanym "składanym" mebelkom z Rzemieślnika (szafka z barkiem i pólkami na książki, łóżko, stół - całość o rozmiarach 220 x 200 x 25 cm) i z Cepelii (stolik i dwa "fotele"). Do tego normalna szafa z bieliźniarką. Nikt mi pewnie z nowobogackich nie uwierzy, ale miałam naprawdę wystarczająco luźno.
Większość moich wykształconych i pracujących koleżanek miało (po urodzeniu dzieci) gosposie. Ja sama miałam nie tylko opiekunkę do syna, ale również panią sprzątającą raz na tydzień mieszkanie.
Ta przyjemność kosztowała  mnie pod koniec lat 60- tych ub. stulecia ok. 1000 zł. Zarabiałam wówczas ok. 3600 zł miesięcznie (w tym ok. 1000 zł za artykuły, tłumaczenia, analizy). Brudne rzeczy oddawałam do praczki. Odbierałam wyprane i wyprasowane.
Sądzę, że najważniejszą cechą większości ludzi tamtych czasów była cierpliwość, umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach i brak wybujałych wymagań (od losu, innych, rodziny, państwa). A w moim przypadku korzystanie na bieżąco z tego co los daje. Zawsze byłam zwolenniczką stającego modnym wśród bardziej myślącej części społeczeństwa (nie tylko naszego) minimalizmu.

Dziwne, że np. mnie i moim kolegom, z którymi jeździłam w delegacje służbowe zawsze diet wystarczało. Nie znam nikogo z mojego otoczenia delegacyjnego, kto woziłby cokolwiek (np. kryształy) na handel, choć wiem, że takie rzeczy zdarzały się wśród ludzi wykształconych.
Nie "sprzedawałam" też moich umiejętności uzyskanych dzięki polskiemu społeczeństwu (przecież szkolnictwo się dotuje!) "obcym" dla materialnego zysku.

Zawsze uważałam, że jeśli ktoś wybiera "lepszy" świat, to za studia powinien zwrócić społeczeństwu, dzięki któremu uzyskał wykształcenie. 
A przynajmniej w UE powinna obowiązywać taka zasada.

Bo np. Angole chwalili się w 2016 roku, że na polskich wykształconych w Polsce pracownikach "zarobili" ok. 4 mld funtów, a drugie tyle na tym, że byli już po stażu.

Ktoś może mi zarzucić, że sama korzystałam z pieniędzy innych państw (np. Włoch czy Francji). Trzeba jednak pamiętać, że celem tych "pomocy" krajom "rozwijającym się" był czysty interes, a mianowicie stworzenie sobie pomostu dla rynku zbytu swoich - często już przestarzałych -produktów!

 I zmiany we wschodniej Europie w 1989 r. musiały nastąpić, bo rynek krajów zachodnich był już nasycony, a wobec postępu technologicznego trzeba było upłynnić starocie.

Sądzę, że dlatego musiał jednocześnie - równocześnie (!!!) - paść nasz przemysł, a trochę później (8-ego sierpnia 1991 roku) najsilniejsza w Europie długofalowa stacja nadawcza w Gąbinie  pod Warszawą
 (przy okazji naprawy!?). 
A dzięki tej stacji polską mowę można było usłyszeć przez radio w całej Europie!
A naprawdę dużo wysiłku kosztowało nieżyjącego inż. Wacława Lisickiego uzgodnienie na konferencji w Genewie w 1975 r. mocy nadawczej 2500 W dla tej lokalizacji.

Ja sama jako ekspert UIT mogłam nie tylko wyjechać planować sieci radiowe czy telewizyjne np. do Mozambiku czy na Haiti (za spore uposażenie), a będąc inżynierem o rzadkiej specjalności zostać na "zachodzie". Ale ja naprawdę zawsze chciałam się zajmować tylko naszymi polskimi sprawami na obszarze zajmowanym przez Polskę.








.

środa, 4 września 2013

Baby z Brwinowa

Baby
Czy nie jest tak aby,
 że liczyć można jedynie na baby?

Opowiadałam
brwinowskim koleżankom
wielce rada
jak mi się udała gliwicka
sepowska biesiada
I
wiele z nich mi zazdrości, że
tak sympatyczna grupa Pań i Panów
ich nie gości.


 AA*

Buda
Jakież by panowały w Brwinowie nudy,
gdyby nie było Mańki słynnej AA Budy!

 *AA - skrót należy kojarzyć z Artystami Amatorami, a nie alkoholem

 Szczęśliwie- pół wieku temu - wylądowałam w Brwinowie, gdzie pojawiło się tyle wspaniałych bab (gwoli prawdy nie tylko). Dzięki nim na mazowieckiej nizinie przeżyłam tyle radosnych chwil, a ciężkie dni łatwiej było mi znieść. A teraz na starość w Budzie mam wspaniałą odskocznię od kapitalistycznej szarości, oglądając dzieła malarskie i rękodzieła Mańki (również naszych koleżanek i kolegów).
 Buda jest też dla mnie punktem uzyskiwania najnowszych informacji o życiu (i nie tylko) w naszym podwarszawskim miasteczku, znajdującym się na ważnym szlaku kolei warszawsko-wiedeńskiej (!).

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Myśli

Primum non nocere - sobie i innym!!!


 Nie ma absolutnej wolności jeśli liczba ludzi przekracza 1. Powyżej tej liczby wolność jednostki ogranicza wzajemnie ustalone prawo. Powinno być ono oparte na zasadach: primum non nocere, nie czyń bliźniemu swemu co jest niemiłe dla ciebie, i uzyskiwania możliwie największych wzajemnych korzyści.
Wolność to i odpowiedzialność.

 To nie twoja zasługa, że urodziłeś się pięknym, genialnym, bogatym czy utytułowanym, ale jak to wykorzystałeś z pożytkiem dla innych ludzi i rozwoju własnego człowieczeństwa. Im więcej otrzymałeś od ślepego(?) losu tym więcej powinieneś oddać. Zauważ jak bardzo jesteś zależny od najdrobniejszych rzeczy tworzonych przez mniej uposażonych w losowe dobra niż ty, więc dlaczego się wywyższasz? Przecież na ogół nie umiesz zrobić, np. zwykłych butów! Nie mówiąc już o zależności od lekarzy, sprawności samochodu, przypadkowej zmiany pogody, przypadkowych niebezpieczeństw czyhających na ciebie czy tego co w sobie niebezpiecznego dla zdrowia nosisz itp.

 Kiedyś wiele lat temu mój znajomy socjolog powiedział: popatrz, żeby umieć zrobić głupi tranzystor trzeba uczyć się co najmniej 17 lat (szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, szkoła wyższa), a rodzą dzieci ludzie, którzy w dziedzinie wychowywania tak skomplikowanych stworzeń nie znają podstawowego alfabetu.

 Powoli zmierzam ku przestrzeni pięciowymiarowej (taką widzę - x, y, z, t*, f**). Mam nadzieję, że to zmierzanie będzie trwało jeszcze dostatecznie długo w ziemskiej czterowymiarowej przestrzeni. Najwyraźniej wielu ludziom i kotom jestem jeszcze potrzebna.

 Ostatnio przeczytane książki znowu spowodowały zalew myśli na temat sensu wszystkiego. Żyję, więc kręcę się tu i tam, bo nie umiem nic nie robić; rozmyślam o tym i owym, bo nie potrafię nie myśleć nawet przy garach, ale w końcu po co? Żadnych dóbr - poza niezależnością, sprawnością fizyczną i psychiczną oraz własnego dachu nad głową - nie potrzebuję.

 Nasz polski świat stał się nieprzewidywalny i drapieżny. A wszystko dlatego, że podstawowe instytucje nie są państwowe (poczta, telekomunikacja, kolej, banki, przemysł) i możliwości przekrętów się zwielokrotniły.
 Nawet gospodarka ziemią powinna być zarządzana przez państwo. Ziemia pod konkretną uprawę czy hodowlę powinna być dzierżawiona i odbierana w przypadku niewłaściwego jej wykorzystywania. W ten sposób zasoby nie byłyby marnotrawione i ziemia nie leżałaby odłogiem.

 Dzisiaj (14.07.2016) sprawdzałam czy zmiana konta jednej wpłaty z powodu likwidacji banku jest prawdziwa (list nie był za pokwitowaniem). Nigdy przedtem nie przyszło by mi to do głowy!

 Mam też poważne wątpliwości czy to moje pisanie ma jakikolwiek sens. Właściwie już dawno, dawno temu zostało wymyślone jak społeczeństwo powinno funkcjonować i co z tego?

 * czas,
 ** częstotliwość (promień światła)


 Powiedzenia i określenia

Nie rób komu dobrze, a nie będzie ci źle.

Im mniej szukasz tym szybciej znajdziesz.

Który ze mną zatańczy? Łap tego mniej żonatego!

Niemczyca - to Polka, która przeniosła się do Niemiec i tam mieszka (chociaż nie zmusiły jej do tego warunki ekonomiczne).

Na przyjęciu z okazji 70-lecia Wydziału Elektrycznego Politechniki Śląskiej podchodzi do siedzącego obok mnie wychowanka tegoż wydziału kolega i pyta: jak ci się żyje? A ten odpowiada: świetnie na koszt moich przyszłych spadkobierców!

Dlaczego Polki wszystkim wokół się podobają? Bo posiadają cechy wszystkich grup plemiennych otaczających obszar nazywany Polską. Jak wiadomo przez wieki były przemarsze różnych wojsk z zachodu na wschód i odwrotnie oraz z północy na południe i odwrotnie!

Dlaczego moja prababka została zgwałcona? Bo zbyt wolno do lasu uciekała.

czwartek, 9 maja 2013

Wspomnienia


Los zapisany w sieci powiązań  kosmicznych?

Jak patrzę wstecz to "przypadkowo" działo się coś co zupełnie zmieniało moje życie.
Po  maturze dostałam propozycję studiowania w ZSRR, chociaż nie znałam rosyjskiego, bo za "moich czasów" go nie uczono. Gdybym się zdecydowała moje życie na pewno ułożyłoby się inaczej.
Ale moim marzeniem było studiowanie matematyki na UJ. Zniechęcił mnie do jej studiowania nasz matematyk pytając czy chcę być podobna do niego. Nie chciałam, a mając dyplom przodownika nauki i pracy społecznej (nota bene drugi dostała córka przedwojennego bankowca z Warszawy!), a więc wstęp na każdą uczelnię bez egzaminów, poszłam na Politechnikę Śląską na wydział, gdzie matematyki było najwięcej.
Nigdy nie chciałam mieszkać na nizinach. A jednak.
Spokojnie studiowałam tzw. słabe prądy na Wydziale Elektrycznym w Politechnice Śląskiej kiedy okazało się, że na studia magisterskie muszę jechać albo do Warszawy albo do Wrocławia (zlikwidowano "słabe prądy"). Wybrałam Politechnikę Wrocławską, bo bliżej jakichś gór (w tym czasie uprawiałam taternictwo). Byłam jedyną kobietą na roku!
Moim promotorem pracy magisterskiej był słynny radiotechnik prof. Wilhelm Rotkiewicz, który dwa tygodnie pracował w Politechnice Wrocławskiej a dwa tygodnie w Politechnice Warszawskiej. Temat pracy dotyczył problematyki  zakłóceń w odbiornikach telewizyjnych, więc praktykę dyplomową miałam odbywać w Warszawie (znowu!). Ale adiunkt profesora namówił mnie  na zmianę tematu. W 1955 r. ukazały się w polskiej literaturze technicznej dwa artykuły na temat półprzewodników i dwóch polskich profesorów miało amerykańskie książki (laureatów nagrody Nobla z 1948 r. za odkrycie tranzystora) dotyczące podstaw technicznych. Udało mi się wypożyczyć książkę, a potem przekonać promotora o "konieczności" zmiany tematu mojej pracy magisterskiej. Prace nad tranzystorami były już wówczas prowadzone w Warszawie w trzech instytucjach, m.in. w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN, skąd je otrzymywałam do wykonania pracy magisterskiej. I zamiast wrócić na Politechnikę Śląską (miałam taki zamiar) wylądowałam w 1956 r. w instytucie PAN w Warszawie, gdzie  zaproponowano mi pracę związaną z pomiarami i zastosowaniem półprzewodników. Po półtora roku przeniosłam się do Przemysłowego Instytutu Elektroniki, którego Biuro Rozwojowe stało się zalążkiem Fabryki Półprzewodników TEWA (koniec 1958 r.). W TEWIE przepracowałam 8 lat. Postanowiłam wrócić do IPPT PAN. Ale LOS chciał inaczej i wylądowałam w resorcie łączności, by zajmować się gospodarką częstotliwościami radiowymi dla radia i telewizji przez kolejnych 36 lat. I tej dziedzinie pozostałam wierna aż do przymusowej emerytury w wieku 70 lat (gdy niewłaściwa partia ZCHN objęła resort).
Chociaż zajmując się miernictwem półprzewodników czułam się osobą spełnioną, to jednak ta druga dziedzina bardziej odpowiadała mojej osobowości: łatwość nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi, miły stosunek do innych ludzi bez względu na ich status, czego wymaga międzynarodowa koordynacja czegokolwiek. To było fantastyczne mieć ciągłe kontakty z ludźmi nauki i kontakty międzynarodowe związane z uzgodnieniami wykorzystywania częstotliwości.


Szczęściara

 Szczęśliwie urodziłam się kobietą* we właściwym czasie (przed wojną), we właściwym miejscu (Zagłębie Dąbrowskie** - wysoki poziom oświaty!) i we właściwej rodzinie {robotniczej, raczej biednej, ale uczciwej i pracowitej), bo zmiany, które nastąpiły po wojnie (absurdalnie dzięki nim), umożliwiły mi ukończenie najlepszego na świecie żeńskiego gimnazjum i liceum mat.-fiz. w Bytomiu na Piekarskiej (matura z wyróżnieniem i dyplom, zwalniający z egzaminów na wybraną wyższą uczelnię), a dzięki stypendium - studiów wyższych (I stopnia w Politechnice Śląskiej, II stopnia w Politechnice Wrocławskiej) i uzyskanie w efekcie tytułu mgr inż. łączności (specjalizacja - radiotechnika).
 Może to dziwne, ale bez względu na otaczający mnie świat, zawsze czułam się wolną "człowieką".
 Nigdy żaden mężczyzna - stary czy młody, profesor czy kolega ze studiów - nie dał mi odczuć, że ja jako kobieta mam mniej wyobraźni czy jestem mniej zdolna lub, że wykorzystuję fakt przynależności do płci pięknej. Również w domu byłam doceniana i przez ojca i przez braci.
 Od samego początku moje wynagrodzenie nie różniło się od otrzymywanego przez mężczyzn na podobnym stanowisku.
 Mimo wszystko Polska ma doskonałe położenie: środek Europy (w każdym kierunku blisko), klimat umiarkowany (wyraźne lato i zima), góry, lasy, jeziora, nieuregulowane rzeki i morze, jeszcze nie tak skażone środowisko jak w tzw. krajach zachodnich i ludzi też jeszcze mających duszę.
 Urodzenie się wystarczająco uposażonym w zdolności intelektualne i manualne w biednej i uczciwej rodzinie to wielkie szczęście i wielka wygrana na loterii życia, gdyż od postawienia pierwszych kroków człowiek uczy się samodzielności, rozwija zdolności radzenia sobie w każdej sytuacji, solidnej pracy i stosowania zasady "primum non nocere" (wprawdzie wymyślił ją Hipokrates w odniesieniu do medycyny, ale uważam, że dotyczy każdej dziedziny).
 Nie dotknął mnie ani w okresie młodości ani w okresie mojej 46-letniej pracy w dwu dziedzinach (10 lat jako specjalistki od pomiarów pierwszych polskich tranzystorów i 36 lat jako specjalistki od gospodarki częstotliwościami dla radia i telewizji) ohydny, bezwzględny kapitalizm i rządy niedouków.
W obu dziedzinach decydowali specjaliści i z podjętych decyzji, mających na celu chronienie interesów Polski, nie musieli się tłumaczyć partyjniakom czy innym wyznaczonym przez rząd kierownikom, nie posiadającym podstawowej wiedzy o danej dziedzinie gospodarki narodowej.
Przynajmniej tak było w moim przypadku.
 Żywność była w miarę zdrowa. Na szczęście nie było takiego dostępu do nawozów sztucznych i chemii antychwastowej czy antyszkodnikowej. Nie było żywności macdonaldowej(!).
 Do dzisiaj zachowałam niezależność osobistą i jeżdżę samochodem.
 Mój umysł dotąd działa bez zarzutu.
 Chwalę się dużą sprawnością fizyczną (jeżdżę na nartach i rowerze, pływam, uprawiam turystykę wysokogórską, tańczę tańce etniczne). Nawet udało mi się "wystąpić" na scenie prawdziwego teatru (Powszechny w Warszawie) w spektaklu ATLAS Warszawa w ramach 13-ego Festiwalu Ciało/Umysł (spektakl społecznościowy realizowany w wielu stolicach przez grupę Portugalczyków), a także należeć do grupy teatralnej Kiosk Ruchu w Podkowie Leśnej tworzącej specyficzne spektakle "ruch-słowo-dźwięk".

 W świetle ostatnich zdarzeń rzeczywiście urodziłam się we właściwym czasie, bo niedługo może się okazać, że okupacja (Niemcy i Rosjanie) to był raj, bo teraz - dzięki amerykanom, którzy namącili na bliskim wschodzie i Afryce - wisi nad Europą jak miecz Damoklesa - zalew "obcych" i cofnięcie się w rozwoju o iks lat. A może coś jeszcze gorszego!
Warto podkreślić fakt, że oni mogli nadal żyć w swoich krajach (niektórzy nawet migrować jak im się nie podobało we własnym kraju). Komu zależało w tak rozwiniętych technologicznie czasach na niszczeniu ludzkiego wielowiekowego dorobku (np. wspaniałej stolicy Syrii).

 Nawiasem mówiąc zupełnie nie rozumiem jak kobiety, rodzące tych mężczyzn, mogły pozwolić na status niewolnic i wychowywać ich na rozpłodowców. Zupełnie jakby były pozbawione mózgu. Nie wiem nawet czy u islamistów zdarzyła się jakaś wybitna kobieta, np. matematyczka.


 * Chyba Mark Twain (rzadki przypadek mężczyzny z brakiem kompleksu) : Jak wiadomo Bóg stworzył najpierw mężczyznę, ale jak popatrzył na swoje dzieło szybko je poprawił!

 ** To nie jest Śląsk, chociaż graniczy z Górnym Śląskiem w okolicy Sosnowca (granica na Niwce), o czym niedouki, zmieniające neutralną nazwę woj. śląsko-dąbrowskiego lub ewentualnie katowickiego, nie wiedziały lub chciały się komuś przypodobać. Obecnie nawet Częstochowa należy do Śląska! Po wojnie ten region był województwem śląsko - dąbrowskim (stąd przemianowanie mostu Kierbedzia w Warszawie na most śląsko - dąbrowski!).
 Zagłębie Dąbrowskie to bardzo ciekawy zakątek Polski. Wciskał się między Górny Śląsk a Śląsk Cieszyński. W ostatnim okresie zaborów Zagłębie Dąbrowskie było w zaborze rosyjskim, Górny Śląsk - w pruskim a Śląsk Cieszyński - austriackim. Do dzisiaj moja bratowa rodem z Bytomia mówi, że wyszła za mąż za Polaka a my mówimy, że brat ożenił się ze Ślązaczką. I podobnie jest z moim szwagrem - Ślązakiem rodem spod Rybnika ("przynależał" do Śląska opolskiego) i moją siostrą Polką.
Przed II wojną światową Zagłębie Dąbrowskie "leżało" w woj. kieleckim. Za powyższym zwyczajowym określaniem who is who stoi oczywiście przynależność kulturowa w okresie 150 lat zaborów (ileż to pokoleń!). Już za zaboru rosyjskiego oświata w Zagłębiu stała bardzo wysoko. Moja matka i ojciec (prości ludzie) mówili piękną polszczyzną. Ojciec ukończył siedmioklasową szkolę powszechną. Sądzę, że wiedzę miał większą niż większość obecnych maturzystów. Ponadto był bardzo oczytany. Nawet w małym miasteczku Ząbkowice Będzińskie (obecnie dzielnica Dąbrowy Górniczej), gdzie mieszkaliśmy podczas okupacji, był Dom Kultury! Na "usprawiedliwienie" jego istnienia muszę dodać, że w Ząbkowicach funkcjonowała huta szkła okiennego (ponoć największa w przedwojennej Polsce) i fabryka chemiczna. O dziwo obie nie padły do dziś!
Muszę tu podkreślić fakt, że w okresie międzywojennym "szły" ogromne pieniądze na rozwój oświaty również na Górny Śląsk. Chodziło bowiem m.in. o ugruntowanie polszczyzny po zaborze pruskim. Dlatego nasz Pan prof. Miodek, nauczający nas poprawnej polszczyzny, mówi bez akcentu śląskiego (ja słyszę nawet odrobinę!), choć pewnie posługuje się gwarą śląską swobodnie. Ja ją tylko rozumiem. Nota bene ostatni przedwojenny kurator Górnego Śląska (warszawiak), mieszkający przed wojną w Tarnowskich Górach, został w 1939 r. złapany w Warszawie i natychmiast powieszony w Pomiechówku pod Warszawą.
Ta różnica wystąpiła też podczas okupacji. Jeziorański dziwił się w swojej książce, że jak jechał z czymś tam tramwajem z Dąbrowy Górniczej do Katowic to do Sosnowca słyszał tylko mowę polską, a potem (po zmianie tramwaju) już tylko niemiecką! W Zagłębiu nikt nie odważyłby się odezwać po niemiecku w części tramwaju przeznaczonej dla ludności polskiej!
Na podkreślenie zasługuje też fakt, że w Zagłębiu w szkołach powszechnych nauczano po polsku a nie po niemiecku jak w Poznańskiem, na Śląsku czy Bydgoskiem. Dlatego moja matka pod koniec okupacji posyłała mnie na lekcje niemieckiego, ponieważ zbliżałam się do granicznego wieku 14 lat, kiedy Niemcy zabierali na przymusowe roboty do Niemiec. Stąd moja słaba znajomość niemieckiego (choć wystarczająca, żeby się porozumieć w zasadniczych sprawach zawodowych), ale za to doskonała jeśli chodzi o ortografię, gramatykę i pisownię polską (nie miałam konkurencji w gimnazjum i liceum żeńskim w Bytomiu i na obu Politechnikach!)